od 6 września, w środy o 21:00
Więcej
< Artykuły

Katastrofa UFO w Gdyni

21 stycznia 1959 r. Było około godz. 5.00, więc na pewno jeszcze ciemno. W gdyńskim porcie powoli kończyła się nocna zmiana.

Władysław Kuczyński pracował jak zwykle, na dźwigu. W pewnym momencie jego uwagę przykuł niecodzienny widok. Zobaczył, że do wody spada dziwny przedmiot. Wydaje przy tym dźwięk – coś jakby zgrzyt. Stanisław Kołodziejski, inny pracownik portu, powie potem, że nurkujący w Bałtyku przedmiot płonął. I że był kształtu i wielkości beczki o pojemności około 200 litrów. Inżynier Alojzy Data doda, że w wodzie znaleziono pojemnik z czegoś w rodzaju szklanej folii. Wypełniony płynem, który każdy bał się zbadać.

23 stycznia, czyli dwa dni po dziwnym zdarzeniu, w redakcji „Wieczoru Wybrzeża” zadzwonił telefon. Państwo Płonczkierowie z Gdyni spieszyli donieść, że tego dnia rano, około godz. 6.00, zobaczyli coś niesamowitego - duży, pomarańczowy talerz. Nadleciał, zawisł na niebie na chwilą i pomknął w dal. O wydarzeniach w porcie mogli nie wiedzieć, bo w prasie o nich jeszcze nie pisano. Artykuł o UFO w Gdyni pojawił się w gazecie dopiero tydzień po wydarzeniach. Wtedy zaczęły się nimi interesować kolejne media. „Dziennik Bałtycki” dotarł do kolejnego świadka zatonięcia obiektu:

„Obserwacje poczynione zostały m.in. przez T. Sobusiaka z Orłowa. Stwierdza on, że widział ognistą kulę większą niż księżyc w pełni, która w świetlistej aureoli przesuwała się nisko nad ziemią w stronę Gdyni. Przelot zakończył się upadkiem przedmiotu do basenu portowego w odległości ok. 30 m od nabrzeża. Zetknięciu z powierzchnią basenu towarzyszyło zjawisko żarzenia przedmiotu i bulgot wrzącej wody”.

Dodać trzeba, że władza zainteresowała się całą sprawą. W gdyńskim porcie pojawił się pracownik Urzędu Bezpieczeństwa. To on zabrał ze sobą tajemniczy walcowaty pojemnik z budzącą obawy zawartością. Co się stało z tą rzeczą? Nie wiadomo. Władza nie spieszyła się z wyjaśnieniami dla opinii publicznej. A czasy były takie, że nie należało zadawać pytań. Inna sprawa, że wszystko, co niecodzienne, budziło w przedstawicielach władzy niepokój – przecież opowiastki o UFO to bajki dobre dla mieszkańców „zgniłego Zachodu”, a nie zapatrzonych w radziecki racjonalizm obywateli PRL-u. Tylko co zrobić, jeśli dzieje się coś, czego racjonalnie nie da się wyjaśnić?

Tymczasem plotki nie chciały przycichnąć. A wręcz pojawiły się nowe i to jeszcze bardziej niepokojące. Podobno kilka dni po wydarzeniach w porcie strażnicy znaleźli na plaży dziwną istotę. Była wyczerpana, nosiła ślady poparzeń. Posługiwała się nieznanym językiem. Prawdopodobnie był to osobnik płci męskiej. W szpitalu, do którego trafił, lekarze stwierdzili, że pod względem budowy wewnętrznej niewiele ma wspólnego z człowiekiem. Powodem jego śmierci miało być zdjęcie tajemniczej bransoletki, którą miał na sobie, a z którą ziemianie nie wiedzieli, jak się obchodzić.

Na prawdziwość tej opowieści nie ma żadnych dowodów. O ile w historiach spadającego do Bałtyku tajemniczego przedmiotu i latającego nad Gdynią spodka pojawiają się konkretne nazwiska świadków, ta historia jest anonimowa. Opowiadający ją mają na to gotowe argumenty – o tajemniczej istocie wiedziały służby bezpieczeństwa, odcięły od świata zewnętrznego szpital, w którym przebywała, a potem „wyczyściły” wszystko, co mogło dowodzić tego, że rzeczywiście istniała i że znaleziono ją w Gdyni.

Jak było naprawdę? Tego prawdopodobnie nigdy się nie dowiemy. Może tajemniczy obiekt, który zatonął w Bałtyku, to satelita lub inny sprzęt latający, który wymknął się spod kontroli Rosjan albo – co chyba już mniej prawdopodobne – Amerykanów? Może plotki o tajemniczej istocie rozpuszczały same władze, by nie dopuścić do pojawienia się insynuacji mogących mieć więcej wspólnego z prawdą?