Więcej
< Artykuły

Żegota

Nie byłoby „Żegoty”, gdyby nie odwaga i determinacja jednej kobiety – działaczki katolickiej i pisarki, Zofii Kossak-Szczuckiej. A wszystko zaczęło się od pewnego apelu…

Był słoneczny, upalny dzień 22 lipca 1942 roku, kiedy Niemcy zaczęli w warszawskim getcie Wielką Akcję Likwidacyjną. Z Umschlagplatz jeden za drugim szły transporty wypełnione Żydami. Zmierzały wprost do obozu śmierci – do Treblinki. Ponad 500 lat historii Żydów warszawskich przestawało istnieć.

Któregoś dania w czasie tych dramatycznych wydarzeń zaskoczeni mieszkańcy stolicy natknęli się na rozklejoną po murach ulotkę. Nosiła ona tytuł „Protest” i była sygnowana przez Front Odrodzenia Polski, tajną organizację katolicką. Jej rzeczywistym autorem była Zofia Kossak-Szczucka, przywódczyni tej organizacji, a przed wojną znana pisarka i działaczka społeczna.

Stworzony przez nią dokument to jedno z najlepszych świadectw złożoności losu Polaków pod niemiecką okupacją. Autorka tekstu pisze m. in. „Nie chcemy być Piłatami. Nie mamy możności czynnie przeciwdziałać morderstwom niemieckim, nie możemy nic poradzić, nikogo uratować, lecz protestujemy z głębi serc przejętych litością, oburzeniem i grozą. Protestu tego domaga się od nas Bóg, Bóg, który nie pozwolił zabijać. Domaga się sumienie chrześcijańskie. Każda istota, zwąca się człowiekiem, ma prawo do miłości bliźniego. Krew bezbronnych wola o pomstę do nieba. Kto z nami tego protestu nie popiera – nie jest katolikiem.” Jednocześnie stwierdza: „Uczucia nasze względem żydów nie uległy zmianie. Nie przestajemy ich uważać za politycznych, gospodarczych i ideowych wrogów Polski. Co więcej, zdajemy sobie sprawę z tego, że nienawidzą nas oni więcej niż Niemców, że czynią nas odpowiedzialnymi za swoje nieszczęście. Dlaczego, na jakiej podstawie, to pozostaje tajemnica duszy żydowskiej, niemniej jest faktem nieustannie potwierdzanym. Świadomość tych uczuć jednak nie zwalnia nas z obowiązku potępienia zbrodni.” Jednym słowem, przynajmniej teoretycznie każdy znajdzie tu potwierdzenie swojej tezy – i zwolennicy teorii o współudziale Polaków w Holokauście, i ci, którzy twierdzą, że było wręcz odwrotnie.

W momencie pisania swojego apelu Kossak-Szczucka była już doświadczoną konspiratorką, redaktorem m. in. pisma „Polska żyje”, które przez pewien czas było najpopularniejszą podziemną gazetą. Niemcy szukali jej już od września 1939 roku, ze względu na jej opowiadania o Śląsku. Przez okres wojny ukrywała się w schronisku Zgromadzenia Księzy Misjonarzy przy ulicy Radnej 14 na warszawskim Powiślu. Zajmowała tam raptem jeden niewielki pokój. Wkrótce stał się on jednym z najważniejszych adresów na mapie konspiracyjnej Warszawy.

Od opublikowania „Protestu” do powstania „Żegoty” minęło trochę czasu, ale nie ma wątpliwości, że odezwa ta stworzyła podatny grunt pod sformalizowanie dotychczasowych form pomocy. Sytuacja było bardzo paląca. W związku z akcja likwidacyjną coraz więcej Żydów desperacko szukało pomocy poza murami getta. Nie wystarczały już przedwojenne znajomości i kontakty wśród Polaków. Nie ułatwiały tego też oczywiście zarządzenia niemieckie – we wrześniu 1942 roku na terenie całego Generalnego Gubernatorstwa pojawiły się plakaty przypominające, że za wszelką pomoc Żydom (w tym sprzedawanie żywności) grozi kara śmierci, a o ukrywanie informacji o ich pobycie – obóz koncentracyjny.

Od początku akuszerką nowej organizacji była Zofia Kossak-Szczucka – to ona uzyskała poparcie dla swojej koncepcji u Pełnomocnika Rządu na Kraj, profesora Jana Piekałkiewicza. Powstanie „Żegoty”, czyli Rady Pomocy Żydom, zaanonsowano na łamach pisma „Rzeczpospolita Polska” 14 października 1942 roku. Jej członkami-założycielami, oprócz Kossak-Szczuckiej, byli m. in. Wanda Krahelska-Filipowicz, Jerzy Makowiecki i Henryk Woliński. Byli to doświadczeni działacze społeczni i konspiracyjni, już wcześniej zaangażowani w sprawy żydowskie.

Zofia Kossak-Szczucka od razu rzuciła się w wir pracy w Radzie. Kiedy trzeba było, angażowała w nią nawet swoje nastoletnie dzieci. Dopiero po wojnie przyznała, jak bardzo się o nie bała, kiedy przeprowadzali Żydów do konspiracyjnych mieszkań. „Nigdy nie zapomnę tego okropnego lęku, tego poczucia, że własne najukochańsze dzieci narażam na śmierć prawie pewną. A z drugiej strony to przeświadczenie, że to przecież obowiązek” – pisała prawie dekadę po zakończeniu wojny.

Jesienią 1942 roku jej mieszkanie na Radnej stało się centrum działania „Żegoty”. Zawsze było tam pełno ludzi, których zadaniem było organizowanie fałszywych dokumentów, dostarczanie pieniędzy czy załatwianie mieszkań i schronień. Chętnych do tej niebezpiecznej pracy, głównie młodych jak Władysław Bartoszewski czy Stanisława Wdowińska, nigdy wokół Kossak-Szczuckiej nie brakowało. Przyciągała ich jej naturalna charyzma i niesamowity talent organizatorski.

Sama zresztą też czynnie angażowała się w nową robotę i niemal nigdy nie zdarzyło się, by wychodziła z domu nie obciążona żadnymi konspiracyjnymi materiałami. W warunkach codziennego życia okupowanej Warszawy, gdzie zwykły człowiek mógł stać ofiarą łapanki lub przypadkowego aresztowania, takie zachowanie było szaleńczo odważne. I jednocześnie głupie, jak sądzili jej współpracownicy, którzy chcieli wyperswadować jej taką brawurę. Ona jednak zupełnie nie chciała o tym słyszeć. Wychodziła z założenia, że nie może narażać się mniej od innych działaczy Rady.

Była tytanem pracy. Po okresie „rozkręcania” Rady zaangażowała się w kierowanie Wydziałem Ochrony Praw Człowieka w Społecznej Organizacji Samoobrony (ciało współpracujące z podziemnym Kierownictwem Walki Cywilnej), działała w chadeckiej Unii Kobiet i redagowała gazetę „Prawda”. Jej współpracownikom wydawała się niezniszczalna. Nigdy nie opuszczała jej pogoda ducha, poparta silną wiarą i przekonaniem, że jej los jest w rękach Boga, i dopóki On nie zdecyduje inaczej, to nic jej nie grozi.

Z tym większym niedowierzaniem zareagowano na wiadomość o jej aresztowaniu 25 października 1943 roku. Kossak-Szczucka szła ze swojego mieszkania na Powiślu Tamką w kierunku Śródmieścia. Na wysokości ulicy Kopernika została zatrzymana przez patrol. Na okrutną ironię zakrawa fakt, że uwagę Niemców zwróciła uroda pisarki, którą uznali za Żydówkę. Jak zwykle miała ona przy sobie sporą ilość bibuły, co z miejsca stawiało ją na przegranej pozycji. Miała jednak o tyle szczęścia, że posługiwała się fałszywą kenkartą na nazwisko Zofia Śliwińska i Niemcy nie rozpoznali jej prawdziwej tożsamości.

Wywieziono ją od razu na Pawiak, a po zaledwie 10 dniach do Auschwitz. Spędziła tam niemal pół roku, po czym znowu przeniesiono ją do Warszawy. Od tej pory zaczęły się intensywne zabiegi podziemia o jej zwolnienie, uwieńczone sukcesem tuż przed wybuchem Powstania Warszawskiego. Kossak-Szcucka wzięła w nim udział, znów angażując się w prace dziennikarsko-redakcyjną, mimo wyczerpania więziennymi i obozowymi warunkami.

Po wojnie zmuszono ją do emigracji, z której powróciła w 1957 r. Zmarła w 1968 r. Medalem Sprawiedliwej Wśród Narodów świata Yad Vashem nagrodził ją 14 lat później.